joanna.ludmila@googlemail.com :
Byłam dziś i idę też jutro na warsztaty masażu klasycznego, organizowane przez uniwersytet. Nauczycielem jest mój fizjoterapeuta i instruktor jogi, bardzo miły człowiek. Kurs trwał dzisiaj 6 godzin, z półgodzinną przerwą na lancz. Czuję to mocno w ciele, które jest z jednej strony zrelaksowane masażami, które ktoś ćwiczył na mnie, z drugiej strony zmęczone po masażach, które robiłam ja. Szczególnie ucierpiały plecy, kolana (bo mam z nimi problemy i nie mogę klęczeć) i – o dziwo –nadgarstki. Chyba są zesztywniałe od ciągłego pisania na klawiaturze. Ostatnio nawet bolały dwa dni.
Niesamowite jak – w sumie – niewiele nauczyliśmy się jednego dnia. Jak niewielki fragment całej sztuki masażu stanowią techniki, które pokazał nam Frank. Dzisiaj masowaliśmy tylko plecy, jutro będziemy m.in. masować twarz (już się cieszę!).
Najprzyjemniejsze w takich warsztatach jest oczywiście to, że spędza się sporo czasu leżąc i będąc masowanym. A ja to uwielbiam.
Oj, zazdroszczę. To wspaniałe.
Trochę masaży się uczyłem (w tym masażu twarzy), trochę masaży wymyśliłem (na przykład bezdotykowy masaż twarzy i wiele innych), ale to wszystko kropla w morzu w porównaniu z wiedzą takich mistrzów, jak Frank.
A przecież masaże to jeden z najważniejszych elementów życia, choć niektórym osobom zajmuje około 0,0000000% czasu tegoż życia.
Jakże życie byłoby piękne (jeszcze piękniejsze), gdybyśmy dbali o swoje dusze i ciała (i swoje nawzajem) z troską porównywalną do tej, jaka ma miejsce w masażu.
A kiedy masaż robi ktoś o czystej duszy i silnym energetycznym polu, ktoś, z kogo dłoni promienieje wielka piękna energia (zwana w skrócie miłością albo czułością), to takie połączenie dotyku i nasączania energią, to jest dopiero odjazd.
Czego sobie i Wam życzę. :)
Uzupełniając: dzisiaj nie poszliśmy już niestety, bo M. się rozchorował. Więc potrafimy pomasować plecy. O!