joanna.ludmila@googlemail.com :
Wygląda na to, że się rozkładam na dobre. Przed godziną termometr pokazał 38,8 °C. Więc — choć dziś zjadłam tylko kilka łyżek jogurtu i starte jabłko — łyknęłam paracetamol i zawinęłam się mocno w kołdrę. Przez godzinę ostro się pociłam, równocześnie na czole miałam chłodny kompres. I wygląda na to, że to pomogło, nawet odważyłam się (mając 0,2 °C mniej) ostrożnie się umyć (co nie jest łatwe ze względu na szwy na brzuchu) i nawe umyłam głowę. Zmieniłam sobie piżamę i wywietrzyłam pokój i czuję się lepiej. Jutro rano lekarz i pewnie się nie obędzie bez antybiotyku. Wierzę, że do koncertu, a może i próby generalnej za tydzień będę zdrowa.
Mój Ukochany, mimo tego, że też nie czuł się najlepiej, bardzo mi dźisiaj dzielnie pomagał robiąc mi herbatki, jedzenie, otwierając i zamykając okno. Bardzo mu jestem wdzięczna za pomoc, szczególnie, że widziałam, że nie jest mu łatwo.
Ale zaczęłam kaszleć i boli mnie gardło. A to już tydzień przeziębienia mija. Mam nadzieję, że to stan przejściowy. Od ponad tygodnia nie śpiewam, jutro „główna” próba, z orkiestrą, pięciogodzinna, a ja nie mogę wydobyć z siebie głosu. Za tydzień koncert.
W dodatku odkryłam dziś ze zdumieniem, że wszystkie trzy szwy na moim brzuchu pękły i rana się coraz mocniej wybrzusza. A do zdjęcia zostało jeszcze sześć dni, przez które wiele może się wydarzyć. Chyba będę musiała skoczyć w poniedziałek do chirurga znowu, tylko co on zrobi? Zszyje mnie znowu? Sama nie wiem, co robić. Nie chcę mieć wypukłej blizny na brzuchu. Niestety miejsce jest takie, że... no cóż, łatwo się „wybrzusza”, więc i łatwo mogą pękać szwy. Ale na drugiej ranie (dwa) trzymają się super, poza tym, że ciągle mnie tam coś swędzi idzie wytrzymać.
Update, 29.10 Obudziłam się z wysoką gorączką i ogromnym spuchniętym migdałem. Nie ma mowy o próbie, ledwo mogę dojść do drugiego pokoju.
Chciałam podzielić się z Wami moją radością. Siedzę sobie właśnie na ćwiczeniach z Digitale Medien, nie tłumaczę, bo chyba oczywiste. No i właśnie chłopak tłumaczy zawiłości typografii... Ale mam radochę! I pierwsze zadanie polega na złożeniu dowolnego (!) tekstu w InDesignie. A moja wersja Trial działa jeszcze tylko 13 dni :(, więc będę musiała chyba skończyć zadanie na uczelni, ale nic to .
Oczywiście podstawowym systemem operacyjnym na ten wykład jest Mac OS X.
Potem opowiem może więcej, bo teraz już wychodzimy chyba z sali.
Mam nowego ładnego jida, może będzie przyjmował wiadomości online offline (czepiacie się!) w przeciwieństwie do gmaila. Także się nie przestraszcie, jak przyjdzie prośba o autoryzację z domeny eu.
...a wieczorem filmowym, który sobie zaraz zorganizuję, skoczyłam do chirurga i dałam się pociąć. A raczej wyciąć dwa pieprzyki. Mam piękne 5 szwów na brzuchu. Jeszcze nie boli, jeszcze działa znieczulenie. :)
A tak przy okazji, skończyłam dziś robić program na koncert mojego chóru. Praca nad nim zajęła mi prawie dwa tygodnie prawie codziennej, całodziennej pracy. Byłoby pewnie znacznie mniej, ale było tysiące zmian po drodze i nie dało się szybciej. Jak będzie po koncercie to pokażę, bo nawet udało mi się znaleźć kompromis między niewielką ilością miejsca (cena!) a poprawną typografią i może nawet ładnym layoutem (choć niespecjalnie oryginalnym, ale nie miałam dość przestrzeni na eksperymenty).
Wczoraj wieczorem byliśmy w kinie na Przypadku Kieślowskiego. Tu w kinie lecą teraz wszystkie jego filmy. Bardzo ciekawy film i cieszę się, że udało nam się go obejrzeć na dużym (wielkim!) ekranie.
Spójrzcie na ten przykład: \unit[100]{${}^{\circ}\mathrm{C}$}
O co chodzi? O 100 °C. Oczywiście, jeśli nie działa Unicode.
Update: Pakiet textcomp oferuje jeszcze podobno polecenie \textcelsius
Ostatni tydzień spędziłam pod hasłem mojego chóru – na różnych poziomach. M.in. przez cztery dni zajmowałam się składem i przygotowaniem programu na nasz koncert (4 i 5 listopada). Nie obyło się bez sytuacji stresowych, bo do mojej pracy wtrącały się osoby, których to nie powinno obchodzić i w dodatku uważały, że mają głos decydujący w sprawie...
Jednak starałam się utrzymać pion i zachować moje stanowisko i chyba się udało.
Od czwartku do wczoraj spędziłam czas na wyjeździe z moim chórem. Ćwiczyliśmy od 9 rano do 22, czasem 23 z przerwą na jedzenie i sjestę poobiednią. Było niesamowicie. Czuję, że moje gardło się otworzyło i przekroczyłam moje dotychczasowe możliwości, szczególnie, jeśli chodzi o głośność. To było totalne zaskoczenie, ale tak właśnie jest
Mieliśmy też tam spotkanie w sprawie tego programu i uważam bardzo owocne – zaraz zabieram się za naniesienie wszystkich uzupełnień i poprawek.
Poza tym mieliśmy wybory do zarządu chóru, zgłosiłam się i zostałam zaakceptowana (nie powiem – wybrana, bo kandydatów było czworo na cztery miejsca, więc nie było z kogo wybierać) i od listopada ruszam z aktywną organizacją spraw chóru.
Miałam ogromny problem z programem Apple Mail po reinstalacji systemu. Po kliknięciu na ikonę „nowy mail” musiałam czekać ok. 10 minut (sic!), zanim otworzyło się okno, przy czym cały program był w stanie zawieszenia. Podobnie działo się często, gdy chciałam po prostu przeczytać jakiegoś maila. Pojawiało mi się „Loading message...” i ładowało i ładowało i ładowało. Trochę denerwująca sytuacja, szczególnie, że miałam ostatnio i mam mnóstwo mailowej roboty (m.in. w związku z chórem, ale o tym w innym poście).
Ale coś mnie tknęło. I skojarzyłam, że do mojego Keychain nie zostały automatycznie zaimportowane certyfikaty systemowe, a tylko te prywatne. Po pół godzinie szukania root-certificate dla moich certyfikatów mailowych i wkopiowaniu ich do X509Anchors wszystko zaczęło działać jak dawniej.
Ale weź się, kurczę, człowieku domyśl, że chodzi o certyfikaty, jak Ci się program mailowy zawiesza!
:))))))
Instalacja polegała na tym, że:
Zabieram się za reinstalację systemu. Trzymajcie kciuki. :)
PS: Jutro LaTeX-Workshop termin nr 2. Folie odświeżone, 20 folii/70 stron usuniętych. :)
No to jesteśmy już po pierwszym terminie warsztatów. Myślę, że było całkiem fajnie. I nawet udało się zmieścić w czasie, choć chyba za dużo w sumie było do przerobienia, jak na 6 godzin. Spróbujemy następnym razem to inaczej podzielić. Albo może zrobić dwa dni? Teraz już mamy trochę doświadczeń, jutro następne...
Gdybyście mieli ochotę obejrzeć materiały, to wszystko jest dostępne w Internecie, oczywiście po niemiecku w naszym kursowym portalu Moodle.
PS: Nie przestraszcie się tylko, że prezentacja miała 400 stron – to efekt stosowania przejść w PDFach. Folii jako takich jest 150.
Pamiętacie, jak obiecałam, że zrobię na joggerze wprowadzenie do prezentacji w klasie beamer? No więc na razie nie mam czasu, ale będę szykować szkolenie do pracy w tym samym temacie, więc zbiorę materiały i potem już tylko przetłumaczę na polski i będzie. Zresztą myślę, że to byłby fajny temat na referacik w przyszłorocznym Bachotku. W każdym razie nie zapomniałam i dotrzymam słowa. Tylko jeszcze nie wiem, kiedy.
I na mnie przyszła pora. Właściwie to już od dawna marzyło mi się, żeby zrobić warsztaty wprowadzające do LaTeX-a. W lipcu zgłosił się do mnie pewien przyszły doktor psychologii z pytaniem, czy nie miałabym ochoty poprowadzić warsztatów dla „raczkujących” LaTeX-owców. A ponieważ tak czy inaczej przyszli doktorzy, którzy piszą prace w LaTeX-u i publikują na serwerze mojego uniwersytetu, lądują u mnie, postanowiłam zorganizować warsztaty oficjalnie z naszego działu.
Bardzo pomógł mi kolega i będziemy jutro razem wykładać. Folii jest prawie 150, ale mało tekstu na nich (luźno), więc myślę, że przez cały dzień zdążymy raczej. Tematyka będzie od zera, tzn. od historii powstania TeX-a, przez podstawy tworzenia dokumentu w LaTeX-u, listy, tabele, grafiki, literaturę po wymagania, jakie stawiamy chcącym publikować na naszym serwerze.
W poniedziałek drugi termin, także będę miała niedzielę na niemówienie... ;)
www.flickr.com
|