Koncerty — wrażenia

2 komentarze

I już po wszystkim. Za mną dwa piękne, wspaniałe koncerty, dużo emocji. Mam wrażenie, że każdy z koncertów był inny. Najpierw był Lindenkirche (czyli w kościele), w raczej — w porównaniu do dnia następnego — kameralnej atmosferze, choć widzów nie brakowało (hmm, myślę, że tak 300–400 osób). Tego dnia moje gardło było niestety w średniej formie i dosyć się męczyłam, szczególnie w pierwszej części utworu, która trwa — bagatela — ok. półtorej godziny. Większość tego czasu musieliśmy stać. Pomogła Tadasana, stojąca pozycja jogi, nazywana też górą.

W niedzielę przed południem spotkaliśmy się w filharmonii na ostatniej próbie generalnej. Pierwszy raz weszłam tam „od kuchni”. Nie spodziewałam się, że filharmonia jest taka wielka za kulisami. Próba wypadła nieźle. Poszłam tam trochę nie w humorze, czułam, że mam po sobotnim koncercie zmęczone gardło, ale jak tylko zaśpiewaliśmy pierwsze nuty w filharmonii, dobry humor wrócił! Pomogła też herbatka lipowo-tymiankowa.

Publiczność dopisała. Było prawdopodobnie prawie 1000 widzów. Gardło dało radę. Raz czy dwa zdarzyło mi się nawet wydrzeć jakoś bez kontroli :) (bo byłam taka doenergetyzowana i w dobrym humorze i chciałam dobrze). Koncert minął mi bardzo szybko. Potem pojechaliśmy jeszcze do „Zielonego Salonu”, gdzie chór, z którym śpiewaliśmy organizował imprezę z okazji ich dziesiątego jubileuszu powstania. Przy okazji — występowało nas 105 osób + orkiestra, soliści no i dyrygent.

Nasz dyrygent, który ostatni tydzień spędził w szpitalu, przyszedł do filharmonii na koncert. Wszyscy bardzo się tym ekscytowali, jakby ducha zobaczyli (i tak niemal było bo schudł ok. 6 kg przez tą chorobę). Frank obejrzał koncert i był zachwycony. Na koniec dostał też kwiaty.

Mi jakoś trudno uwierzyć, że to już po wszystkim. Zawsze tak jest. Pracuje się nad utworem wiele miesięcy, wiele dni i godzin. A potem 2,5 godziny koncertu i można nuty odstawić na półkę i nigdy więcej się do nich nie wraca. Szkoda. Bo dopiero wtedy tak naprawdę zaczyna się czuć i pojmować ten utwór. Zauważać „smaczki”. Uczyć się, jak śpiewać go naprawdę dobrze. I tak naprawdę dopiero po takim koncercie, gdzie dajesz z siebie wszystko i masz 200% koncentracji, dochodzi się do punktu, kiedy możnaby zacząć porządnie pracować nad tym utworem i zgłębić każdą jego nutę. Chciałabym kiedyś tak — żeby utwór przestał mieć dla mnie tajemnice. W tej chwili dopiero zaczynam doceniać jego piękno. Wcześniej mogłam tylko skupiać się na uczeniu się na pamięć każdej kolejnej nuty i sylaby.

Jest kilka zdjęć i filmów z próby generalnej (mojego autorstwa) i z koncertu (mojego Ukochanego).


Komentarze do notki “Koncerty — wrażenia”

  1. Ma 

    Ślicznie wyglądasz!

  2. Joanna Ludmiła 

    Cieszę się, że się w końcu podoba. :) Byłam w piątek u fryzjera i jestem bardzo zadowolona. Podeślę Ci jeszcze inne zdjęcia potem, które były robione po koncercie.

Zostaw odpowiedź