joanna.ludmila@googlemail.com :
Mama pyta jak poszło.
Mówić mogłam, ale śpiewać dzisiaj jeszcze po tym wszystkim przez 2,5 h na próbie już się nie dało. Dałam radę z gardłem, choć nie było lekko. Udało nam się zorganizować mikrofon bezprzewodowy i głośniki, więc na szczęście mogłam mówić cicho i byłam dobrze słyszana w całym pomieszczeniu, mimo głośnej klimy.
Ogólnie wszyscy uczestnicy warsztatu byli bardzo zadowoleni (co wiem, bo prosiliśmy o wypełnienie anonimowe ankiet w Internecie), jeden napisał nawet specjalnie maila, żeby podziękować. Negatywnych głosów praktycznie nie usłyszeliśmy! Myślę, że to dzięki temu, że po ostatnich warsztatach w październiku też zrobiliśmy ankietę i wzięliśmy sobie różne uwagi do serca.
Czułam się spełniona bardzo po tych dwóch intensywnych dniach i czuję, że zrobiłam coś dobrego. Ok. 18–19 osób dzięki nam zaczęło swoją przygodę z LaTeX-em! I w dodatku dotarło do nich, jak to działa. A my mieliśmy dla nich dużo czasu i bardzo często podchodziliśmy do nich i na każde pytanie odpowiadaliśmy indywidualnie. W sumie warsztaty trwały, odejmując przerwy, 10 godzin!
Jestem też troszkę dumna z siebie, bo – jakby na to nie patrzeć – warsztaty prowadziłam po niemiecku! Herman, mój kolega, z którym te warsztaty robiłam, też nie jest Niemcem, lecz Rosjaninem. I oboje daliśmy radę. Podobno praktycznie bez błędów językowych, co mi bardzo schlebia. Na foliach tym razem nie było absolutnie żadnych błędów właśnie językowych, bo się postaraliśmy o porządną korektę. Kolega sprawdzał ok. 160 folii przez prawie dwie godziny, ale było warto. Prezentacja oczywiście zrobiona w LaTeX-u, w klasie beamer
Cieszę się, bo jeszcze udało nam się czterem osobom zainstalować TeX-a w trakcie warsztatów, tak, że wszystko działało, łącznie z edytorem. Na dwóch pc (Win) i na dwóch maczkach. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, czy się nie przeprosić z TeX Shopem, którego odrzuciłam tak dawno temu.
No dobra, wygląda na to, że mówię, więc za pół godziny zaczynam warsztat. Ratowałam się jakimś homeopatycznym lekiem i z dnia na dzień pomogło. Tylko katar męczy, ale dam radę.
Nie zapomnijcie przestawić zegarków...
Po weekendowym wyjeździe z chórem mam taką chrypę, że praktycznie nie mogę wydać głosu z siebie. W poniedziałek i wtorek prowadzę warsztaty z LaTeX-a...
Z ciekawości wpisałam blog latex do Google, ograniczając wyniki do języka polskiego. I co? Z 41 tysięcy wyników pierwszy drugi* link prowadzi do mojego bloga! Hurra!
* Update: okazało się, że jak się nie ma moich cookies to jestem druga. No, ale druga na 41 tysięcy...
Warto być członkiem stowarzyszenia. A już na pewno Dante e.V., czyli niemieckiej grupy użytkowników TeX-a. Wczoraj przyszedł list z biuletynem i TeX Collection 2007, a dzisiaj rano obudził mnie listonosz dzwoniący do drzwi, z całkiem dużą paczką, która nie mieściła się do skrzynki. Okazało się, że w paczce jest książka. Alphabetgeschichten von Hermann Zapf, czyli Historie „alfabetowe” Hermanna Zapfa. Jest to jego autobiografia, skupiająca się na pismach, które stworzył. Książka jest przepięknie wydana, na specjalnie do tego celu stworzonym papierze, oprawiona w granatowe płótno. Okazuje się, że nakład wyniósł 2200 egzemplarzy i nie będzie dostępny w księgarniach – została stworzona specjalnie dla Linotype, a dzięki Hermannowi Zapfowi, który całość nakładu dla Dante sfinansował jest ona dostępna również dla członków stowarzyszenia.
Książka jest przepiękna, kolorowa, ma mnóstwo ciekawy rysunków liter, pism itp. Na razie tylko ją wstępnie przejrzałam, ale już widzę, że dużo się będę mogła z niej nauczyć i być może stanie się ona źródłem inspiracji dla mnie, oczywiście typografia w książce jest doskonała.
Kilka godzin temu wróciłam z Gut Gnewikow, gdzie od czwartku wieczorem pilnie ćwiczyliśmy utwory na kwietniowe koncerty. W czwartek „tylko” dwie godziny, w piątek i sobotę po osiem, dzisiaj pięć. Gardło lekko zachrypnięte, no, ale jak się dochodzi do wysokiego B... ;)
Nie obyło się bez przygód: w piątek wieczorem chcąc nastawić wodę na herbatę, obróciłam się waląc głową z całej siły w pochyły sufit. Szczęknęły mi zęby no i trochę bolało. Przez godzinę czułam się trochę dziwnie, jakby mi się mózg w głowie przesunął ;). Ale nic poważnego się nie działo, trochę pobolewała głowa. Myślałam, że się wyśpię i przejdzie, ale rano się obudziłam i nic się nie zmieniło – do tego miałam wrażenie, że cała lewa strona ciała jakby opadła z sił. Nie wiem, na ile było to wkręcanie, na ile faktyczne doznania. W każdym razie m.in. za namową koleżanek postanowiłam się skonsultować z lekarzem. Pan doktor skasował 10€ za wizytę (przyjechał, bo i tak była sobota i nigdzie by mnie nie przyjęli) i stwierdził, że było na granicy wstrząsu mózgu, ale skoro nie czułam się od razu źle to gorzej już nie będzie i mam iść dalej śpiewać i się dobrze bawić.
No to się bawiłam, nawet tańczylam wieczorem.
Czuję, że zrobiłam postępy w mojej technice śpiewania, dużo się nauczyłam przez ten weekend. Czuję, że zrobiłam postępy w wykonaniu i interpretacji utworów, które ćwiczyliśmy. Czuję, że jako chór posunęliśmy się bardzo do przodu z pracą nad aktualnym projektem.
Bardzo się cieszę z tego wyjazdu, lubię taką intensywną pracę i śpiewanie w dużych ilościach, nawet jeśli jest to wyczerpujące.
Pisałam wcześniej, że zepsuła mi się mysz. Jak odkrył mój Ukochany, mysz jak najbardziej działa, to tylko bateria nie stykała...
Wreszcie dostosowałam mój szablon do dodawania/wyświetlania trackbacków, trochę jestem staroświecka chyba, nie miałam do tej pory czasu/ochoty na takie łebdwazerowe zabawy. No i pierwszy raz w życiu do testów użyłam tego trackbacka. Ładnie się wyświetlił w komentarzach do jednej z notek. Tylko, że to był trackback testowy, nie mający sensu, więc też jak zobaczyłam, że działa, chciałam go usunąć. Usunęłam odnośnik z notki, ale w komentarzach trackback pozostał... Czy to bug czy feature???
Koniec przygody z zepsutą klawiaturką, Apple dało mi nową i już na niej klikam. Jakaś taka nawet mi się przyjemniejsza wydaje... miększa i cichsza, może złudzenie. Tylko boję się podłączać do niej cokolwiek na usb, żeby się znowu nie zepsuła. :P
Tymczasem... przestała mi działać mysz, którą sprezentował mi mój ukochany Brat. Mysz jest bezprzewodowa, radiowa. Nadajnik działa, bo mruga, ładowanie przez dodatkowy kabel usb też działa, bo światełko w myszy pod rolką się wtedy świeci, ale nie działa chyba „optyka” – tzn. nie świeci się ta lampka czerwona, którą mysza skanuje powierzchnię, no i nie działa connect – naciskam przycisk na nadajniku, niebieska lampka na nim zaczyna mrugać, naciskam przycisk na myszy, a tamta lampka mruga nadal... Nie wiem, o co chodzi. Szkoda mi tej myszy, bo jest naprawdę fajna. Fakt, że noszę ją codziennie w plecaku, może się czymś przygniotła niechcący? Najwyraźniej moja mysz musi być odporna na takie rzeczy. Nie wiem, co robić teraz, chyba ma gwarancję, no ale, żeby ją zrealizować, musiałabym jechać do Polski. A ja myszy potrzebuję w zasadzie codziennie, odkąd mam zewnętrzny monitor. Teraz pożyczyłam jakąś od mojego Ukochanego, ale on też potrzebuje codziennie.
Mam za sobą. Był to egzamin z Cyfrowych Mediów (Digitale Medien), uczyłam się na niego dokładnie cztery dni, bo więcej czasu nie miałam. Z około trzydziestu tematów musiałam wybrać sobie trzy i dokładnie się ich nauczyć, z czego jeden z tematów zgłębić na tyle, żeby móc o nim mówić bez pytań. Zdecydowałam się na: Manuskrypt (czyli tworzone ręcznie książki), Typografię (głównie klasyfikacja krojów pisma) i Cyfrową Typografię (czyli dokładnie mówiąc: jak są przygotowywane fonty i jak wyglądają od wewnątrz).
W pokoju obecni byli: docent, który prowadził wykłady, jednakże jest zaledwie doktorem i jakoś nie może się podpisywać pod egzaminami, więc był również profesor, który prowadzi katedrę Informatik in Bildung und Gesellschaft (Informatyka w Edukacji i Społeczeństwie) oraz asystent, który prowadził ćwiczenia do egzaminowanego przedmiotu, a podczas egzaminu pisał protokół.
Ogólnie humor dopisywał zarówno mi jak i im, weszłam bardzo pewna siebie i uśmiechnięta, mam wrażenie, że zrobiłam... dobre wrażenie od początku. Zaczęłam opowiadać o typografii, w dodatku natychmiast wplatając moją wiedzę spoza wykładu, co natychmiast zostało skomentowane :). Niewiele udało mi się powiedzieć, bo docent od razu zaczął zadawać pytania, niestety częściowo spoza tych trzech tematów, których się uczyłam, zagiął mnie na różnych datach, kiedy wprowadzono to, kiedy tamto.
Ogólnie byłam raczej zrelaksowana i roześmiana, przykułam nawet uwagę profesora, który właściwie tylko był obecny w pokoju, ale coś sobie dłubał przy swoim biurku. Widziałam, jak spojrzał na mnie, gdy odważyłam się podważyć przydatność przedstawionej na wykładzie klasyfikacji krojów pisma...
Po jakiś 25 minutach (a może i pół godzinie, nie mam pojęcia), zostałam wyproszona za drzwi..., nie minęło 10-15 sekund, a drzwi się otworzyły, kazali mi wejść i mówią, że oczywiście sehr gut, a jak były jakieś błędy to to była ich wina! O!
Na co ja jeszcze, że przygotowałam sobie coś do pokazania w trakcie egzaminu, ale że nie doszliśmy do tych tematów to pokażę teraz – i wyjęłam z kieszeni dwie czcionki, a z plecaka słownik niemiecko-polski napisany (słowa po niemiecku) frakturą, z około 1880 roku... Na to oni wstali ze swoich miejsc, profesor też już nie wytrzymał natychmiast wstał od biurka i zaczął oglądać, myślę, że byli zaintrygowani, i, że mnie zapamiętali pozytywnie. I o to mi chodziło. Bo chcę pisać w tej katedrze, jeśli się da, co najmniej pracę dyplomową, a może jeszcze Studienarbeit, a może, jak już mi się skończy umowa tutaj to też u nich pracować, bo katedra jest wyjątkowa i jak się okazuje – nasz instytut słynie z tejże katedry i tegoż profesora. Robią naprawdę fajne, ciekawe i dobre rzeczy.
No, ale to tak nawiasem mówiąc tylko.
Tymczasem opada ze mnie napięcie i zmęczenie ostatnich dni... Dziś w nocy przyjedzie moja przyjaciółka ze swoim chłopakiem, rano kolejny kolega i jutro wieczorem imprezka na ćwierćwiecze...
Sprawa z klawiaturą mam nadzieję dobiega końca – wczoraj mój Ukochany zaniósł ją do Gravisa, a oni niemal bez oglądania stwierdzili od razu, że teraz klawiatur się już nie naprawia tylko natychmiast wymienia, więc za kilka dni powinnam mieć nową. :) Fajnie, że to tak prosto można załatwić. Zadzwonią, jak już ją będą mieli (jest niestandardowya, znaczy amerykańska (int'l), więc muszą ją specjalnie zamówić w Apple.
3,3*, na polskie podobnie. Hura!
Jeszcze tylko jedna praca pisemna z psychologii i mam Vordiplom!
* Tym sposobem zachowałam opinię osoby, która zawsze zdaje wszystko za pierwszym podejściem i nie zmieniłam średniej ocen z Grundstudium – wszystkie wahają się od początku moich studiów między 3,7 a 3,0...
Skala jest 5,0 (niezdane), 4,0 (zdane), 3,7, 3,3, 3,0, 2,7 ... 1,0 (najlepsza ocena).
Oficjalny komunikat na stronie Profesora: „wyniki będą tu jutro o 10:00”. Grr... to on nie mógł tego wczoraj wieczorem napisać?? Ile ja razy już odświeżałam tą stronę i brzuch mnie boli.
W piątek miałam „klauzurę” z matmy, czyli egzamin, trzygodzinny. Znacznie trudniejszy niż się spodziewałam ja i chyba większość moich znajomych. Nie mam pojęcia, czy wystarczająco dobrze napisałam, mam nadzieję wielką, że tak. W każdym razie podczas egzaminu profesor obiecał, że wyniki będą dziś wieczorem dostępne w Internecie, na jego stronie „domowej”. No i figa. Nie ma. A napięcie rośnie.
Tą notkę piszę już drugi raz, bo zmieniłam sobie układ klawiatury i zamiast kliknąć +Z, żeby coś cofnąć, nacisnęłam +Y, które w moim Camino włącza historię. I cała piękna notka przepadła.
W najbliższy piątek będę zdawać ustny egzamin z Cyfrowych Mediów. Do każdego wykładu jest dostępny Podcast, jednak ja nie mam szans odsłuchać wszystkich do piątku, bo dopiero wczoraj zaczęłam się uczyć. Nie muszę również znać wszystkich 30 tematów/wykładów, a tylko trzy wybrane przeze mnie. Ale dobrze mieć ogląd przynajmniej w kilku najważniejszych.
Kolega podpowiedział mi, jak on odsłuchał wszystkie wykłady, oszczędzając czas: przyspieszył tempo utworów, bez zmiany wysokości głosu docenta. Sprawdziłam – otworzyłam program Audacity, który jest darmowy i międzyplatformowy, zaimportowałam jeden z wykładów. Potem zaznaczyłam cały „utwór” +A i wybrałam efekt: Change Tempo..., wartość ustawiając na +20%. Tym sposobem z 90 minutowego wykładu oszczędza się około 15 minut (ciut mniej). Mój kolega przyspieszał tempo o 30%, ale dla mnie – osoby, dla której niemiecki jest językiem obcym – byłoby to niemal nie do zrozumienia. Owszem, można wyłapać każde słowo, ale jest to nieco stresujące i trzeba się ogromnie koncentrować, a efekt może nie być taki dobry.
No to ja wracam do nauki.
PS: Jeśli ktoś nie widzi dobrze powyższych skrótów klawiaturowych: brakującym znaczkiem jest jabłko.
Od około miesiąca używam, oprócz wbudowanej w laptopa klawiatury, również zewnętrzną, applowską klawiaturę na USB. Klawiatura posiada na tylnej ściance również dwa gniazda USB. I tu zaczyna się problem, bo – jak się dowiedziałam – mimo, iż jest to nowy produkt, oba gniazda są w wersji USB 1.1 a może i 1.0, nie wiem, w każdym razie nie 2.0. W instrukcji do klawiatury nie ma mowy o tym, co wolno tam wtykać, a co nie. Najwyraźniej jednak ładować myszy bezprzewodowej przez kabel USB nie wolno. U mnie skutkuje to natychmiastowym problemem ze spacją i znakiem łącznika „-”. Przestają one działać, lub działają, jak chcą. Czasem nacisnę spację raz, a dostaję kilka odstępów. Co gorsza, gdy już odkryłam, że fakt podłączenia czegokolwiek do tych gniazd klawiaturowych i działania klawiszy ma ze sobą coś wspólnego, i odłączyłam wszystkie kable USB z tyłu, klawiatura nadal nie działała. Poprzednim razem trwało to kilka dni, teraz – zaledwie kilka godzin – jak widzicie, jestem w stanie robić odstępy. Jednak nie wszystko ciągle działa, jak powinno. W tej chwili nie działa kombinacja lewego (jabłka) i spacji do zmiany języka klawiatury, lub też lewej „wanny” (klawisza alt), jabłka i spacji. Nie pamiętam, na ile działało to wcześniej, ale chyba tak. Widocznie trzeba jeszcze odczekać.
Tymczasem problem z tymi USB jest całkiem poważny, bo na laptopie mam tylko dwa gniazda. Obecnie w jednym jest klawiatura, w drugim nadajnik do bezprzewodowej myszy. Jak się rozładuje bateria w myszy, to trzeba ją podłączać (niezależnie od nadajnika) przez kabel USB do ładowania. To już trzy gniazda. A co z drukarką? Co z ew. USB-Stickiem, dyskiem zewnętrznym itd.? Chyba trzeba będzie jakiś HUB kupić, bo inaczej to nie będzie działać. Nadajnik do myszy chyba mogę podczepić pod klawiaturę, drukarkę chyba też, bo ma swoje źródło prądu, choć ona ma kabel USB 2.0, więc szkoda spowalniać przekaz informacji.
Księżyca, jak zapowiadali, nie widać. Niestety przyczyną jest całkowite zachmurzenie. Nici z obserwacji zaćmienia.
A miałam tą przyjemność i radość oglądać kiedyś w Austrii całkowite zaćmienie Słońca. To dopiero jest przeżycie!
Strona główna joggera nie prezentuje się niestety najlepiej w zmaksymalizowanej przeglądarce w rozdzielczości 1440x900. Tekst jest od lewej do prawej – zmaksymalizowany. Szkoda. Ale się nie czepiam, bo wiem, że „darowanemu koniowi…”, a ja sama nie mam ani czasu, ani wiedzy, żeby zrobić lepiej.
www.flickr.com
|