joanna.ludmila@googlemail.com :
Mam za sobą. Był to egzamin z Cyfrowych Mediów (Digitale Medien), uczyłam się na niego dokładnie cztery dni, bo więcej czasu nie miałam. Z około trzydziestu tematów musiałam wybrać sobie trzy i dokładnie się ich nauczyć, z czego jeden z tematów zgłębić na tyle, żeby móc o nim mówić bez pytań. Zdecydowałam się na: Manuskrypt (czyli tworzone ręcznie książki), Typografię (głównie klasyfikacja krojów pisma) i Cyfrową Typografię (czyli dokładnie mówiąc: jak są przygotowywane fonty i jak wyglądają od wewnątrz).
W pokoju obecni byli: docent, który prowadził wykłady, jednakże jest zaledwie doktorem i jakoś nie może się podpisywać pod egzaminami, więc był również profesor, który prowadzi katedrę Informatik in Bildung und Gesellschaft (Informatyka w Edukacji i Społeczeństwie) oraz asystent, który prowadził ćwiczenia do egzaminowanego przedmiotu, a podczas egzaminu pisał protokół.
Ogólnie humor dopisywał zarówno mi jak i im, weszłam bardzo pewna siebie i uśmiechnięta, mam wrażenie, że zrobiłam... dobre wrażenie od początku. Zaczęłam opowiadać o typografii, w dodatku natychmiast wplatając moją wiedzę spoza wykładu, co natychmiast zostało skomentowane :). Niewiele udało mi się powiedzieć, bo docent od razu zaczął zadawać pytania, niestety częściowo spoza tych trzech tematów, których się uczyłam, zagiął mnie na różnych datach, kiedy wprowadzono to, kiedy tamto.
Ogólnie byłam raczej zrelaksowana i roześmiana, przykułam nawet uwagę profesora, który właściwie tylko był obecny w pokoju, ale coś sobie dłubał przy swoim biurku. Widziałam, jak spojrzał na mnie, gdy odważyłam się podważyć przydatność przedstawionej na wykładzie klasyfikacji krojów pisma...
Po jakiś 25 minutach (a może i pół godzinie, nie mam pojęcia), zostałam wyproszona za drzwi..., nie minęło 10-15 sekund, a drzwi się otworzyły, kazali mi wejść i mówią, że oczywiście sehr gut, a jak były jakieś błędy to to była ich wina! O!
Na co ja jeszcze, że przygotowałam sobie coś do pokazania w trakcie egzaminu, ale że nie doszliśmy do tych tematów to pokażę teraz – i wyjęłam z kieszeni dwie czcionki, a z plecaka słownik niemiecko-polski napisany (słowa po niemiecku) frakturą, z około 1880 roku... Na to oni wstali ze swoich miejsc, profesor też już nie wytrzymał natychmiast wstał od biurka i zaczął oglądać, myślę, że byli zaintrygowani, i, że mnie zapamiętali pozytywnie. I o to mi chodziło. Bo chcę pisać w tej katedrze, jeśli się da, co najmniej pracę dyplomową, a może jeszcze Studienarbeit, a może, jak już mi się skończy umowa tutaj to też u nich pracować, bo katedra jest wyjątkowa i jak się okazuje – nasz instytut słynie z tejże katedry i tegoż profesora. Robią naprawdę fajne, ciekawe i dobre rzeczy.
No, ale to tak nawiasem mówiąc tylko.
Tymczasem opada ze mnie napięcie i zmęczenie ostatnich dni... Dziś w nocy przyjedzie moja przyjaciółka ze swoim chłopakiem, rano kolejny kolega i jutro wieczorem imprezka na ćwierćwiecze...
Gratulacje: w zakresie wiedzy, swobody jej prezentowania, strategii postępowania z egzaminującymi no i emanowania zapałem do tej, jakże pięknej, tematyki. :)
Oczywiście sehr gut. :) Jak miło… :)
O, komentarz, a ja nie dostałam powiadomienia.
Może zbyt cichutko mówiłem…
:)