joanna.ludmila@googlemail.com :
Oddałam wczoraj PowerBooka do serwisu. Przegląd i naprawa mają potrwać około 5--7 dni. Jeszcze nie wiem, ile mnie ta przyjemność będzie kosztować, mają zadzwonić. Wiadomo już, że na pewno będę miała wymienioną klawiaturę. W związku z tym mam teraz tydzień urlopu od komputera i zupełnie nie wiem, co mam robić z wolnym czasem. Bardzo, bardzo ciekawe doświadczenie.
Szkód nie ma dużych, ale są. Na ten moment nie działa kilka klawiszy, w związku z tym nawet nie mogę się zalogować. Ale system się uruchamia, wyświetla się wszystko poprawnie. Nie wiem jeszcze, czy działa mikrofon, który znajduje się w górnej części klawiatury i mógł zostać zalany. Na razie się wszystko suszy. Niestety nie mogłam rozebrać laptopa na części, bo najmniejszy śrubokręt jaki udało mi się zdobyć był za duży na śrubeńki applowskie. Także jadę zaraz kupić mniejszy (taki zegarmistrzowski).
Ale wczorajsza akcja była fajna. Wyjęłam _wszystkie_ klawisze z klawiatury, każdy pojedynczo. Na początku wymaga to trochę odwagi, ale jak już się pozna technikę to jest gładko. I wszystkie wyszorowałam szczotką i płynem do mycia naczyń po czym suszyłam na sitku ;). Na ile się dało wyczyściłam też całą przestrzeń pod klawiszami.
Aktualnie laptop leży na balkonie i czeka na popołudniowe słońce. Trzymajcie kciuki, bo mam na jutro zaplanowaną pilną pracę! A tu nawet do moich danych nie mogę się dostać (ach, gdybym była wybrała inne litery do mojego hasła!).
Otwarte okno + fruwająca roleta + kubek kawy + mój PowerBook. Resztę możecie sobie sami wyobrazić. Na szczęście miałam refleks i go szybko odwróciłam do góry nogami. Myślę, że klawiaturze się nic nie stało i modlę się, czy nic przez nią nie przeciekło do środka. Niestety trochę kawy przedostało się między klawiaturą a monitorem do wywietrzników z tyłu. Wyłączyłam szybko komputer. Mam nadzieję, że wytrzęsłam wszystko i wydmuchałam to, co zauważyłam. Wytarłam do sucha to, co się dało. Na razie go nie włączam, niech schnie. Oczywiście go nie ubezpieczyłam, bo po co...
Macie jakieś mądre rady dla mnie? Coś sprawdzić zanim włączę? Coś wysuszyć? Może suszarką w domu? Kawa była wyjątkowo bez cukru, tylko z mlekiem, więc nie oblepiła go aż tak bardzo.
UDAŁO SIĘ! Dzięki komuś z makowego forum dowiedziałam się, że można zainstalować pojedyncze elementy systemu bez potrzeby jego reinstalacji. Służy do tego program Pacifist.
Zainstalowałam go i wczytałam płytę instalacyjną systemu (a raczej dwie). Z listy wybrałam „Printer Setup Utility” i program się zainstalował na miejsce oryginalnego. Weszłam, kliknęłam „Add+” i działa!
Hurra!!!
Tak, tak, choć za oknem temperatura dochodzi do 30°C (a może właśnie dlatego) ja mam zawsze przy sobie dodatkową grzałkę – i to porządną. Jej temperatura dochodzi czasem do – niebagatela – 65°C!!! Właśnie teraz grzeje mnie w uda, gdy piszę te słowa trzymając ją na kolanach.
Niestety, coś się dzieje dziwnego z moim PB 12". Aktualne temperatury:
Cuda już robię, żeby się tak nie grzał (bo nie chodzi tylko o temperaturę, ale o to, że jak jest gorący to włącza się i hałasuje bardzo wentylator), ale niewiele to daje. 5–10 minut pracuję w ciszy i chłodzie, a potem się zaczyna. Zmniejszam wydajność procesora, wyciągam wtyczkę i pozwalam mu pracować na bateriach, wyłączam programy zasobożerne a wszystkie nieużywane przenoszę w tło. Na wszystkich forach makowych ludzie piszą, że ta temperatura jest w normie (tak do 70°C). Naczytałam się różnych rad, jak takim temperaturom przeciwdziałać, ale przy takiej pogodzie za oknem niestety niewiele to daje.
Ale i tak lubię mojego laptopika, żeby tylko mieć jeszcze duży, ciekłokrystaliczny monitor do niego, klawiaturę (niekoniecznie bezprzewodową, choć rozważam) i mysz.
Nie mogę dodać nowej drukarki. Żadnej. No i jak chciałam zresetować ustawienia drukarek, to mi się pojawiło zapytanie, czy na pewno, chcę “cancel all jobs” no to powiedziałam, że oczywiścię, że chcę. A tu się okazało, że nie tylko usunął mi wszystkie zadania drukowania, ale też… wszystkie drukarki (o to już nie pytał). Co w sytuacji, kiedy nie mogę dodać żadnej nowej jest troszkę niepocieszające.
No więc, co nie działa? Klikam “add” w Printer Setup Utility. I nie dzieje się nic. Kompletnie. Ktoś mi poradził, żeby przejść do trybu offline, bo system wyszukuje drukarki sieciowe, ale to nic nie dało. Zresztą, ja muszę zainstalować około trzy drukarki sieciowe...
Jeśli nie uda mi się tego naprawić to będzie dupa blada, bo muszę drukować. A to będzie oznaczało tylko jedno: reinstalację mojego cudnie dopieszczonego systemu. Nie zliczę w ilu miejscach mam indywidualne ustawienia, ile rzeczy instalowałam ręcznie (nie robiąc żadnych notatek z tego, bo po co!).
Próbowałam się jeszcze ratować specjalnym programem do naprawiania ustawień drukowania, ale to znowu nic nie dało.
Ech…
A jakby tego było mało to wyleciał mi materiał chroniący wejście do mojego SuperDrive przed kurzem. I chyba będę musiała ten otworek zakleić taśmą klejącą, żeby się nie burdził, bo tego kawałka materiału nijak nie wcisnę sama z powrotem, musiałabym rozebrać laptopa, a nie chcę stracić gwarancji. A żeby z powodu takiej pierdoły wysyłać mojego PB do Apple, no cóż...
Apple przestał sprzedawać PowerBooki i iBooki. Na ich stronach internetowych (wersja amerykańska i niemiecka, na polskiej stronie wszystko po staremu :P) nie ma śladu po tych modelach, poza supportem. Zamiast tego mamy MacBooki i MacBooki Pro. Przy czym te pierwsze są następcami iBooków i są dostępne tylko w rozmiarze 13,3", w tandetnej plastikowej obudowie. Te drugie są następcami PowerBooków i są tyko w rozmiarach 15" i 17", wersji w rozsądnych rozmiarach, do codziennego dźwigania nie ma.
Apple chełpi się nowym błyszczącym ekranem, który fantastycznie ma wyświetlać filmy i zdjęcia. Tylko co by mi było po fantastycznym wyświetlaniu filmów, skoro nie mogłabym na codzień z nim pracować z powodu słońca czy światła halogenów pod sufitem, odbijających się w ekranie. Żeby chociaż dawali do wyboru…
I niech mi ktoś jeszcze wytłumaczy, dlaczego różnica między białym a czarnym MacBookiem wynosi ni mniej ni więcej – 200 €!
Jedyny mój wniosek: mam szczęście, bo zdążyłam z kupieniem malutkiego, porządnego PowerBooka 12". I jeszcze był w rozsądnej cenie, w stosunku do cen, jakie są obecnie.
Gdyby komuś przyszło kiedykolwiek rozpakowywać makowe pliki typu:
„PackIt, Diamond, Compactor / Compact Pro, most StuffItClassic / StuffItDeluxe, and all Zoom and LHarc / MacLHa archives, and archives created by later versions of DiskDoubler. Also it will decode files created by BinHex5.0, MacBinary, UMCP, Compress It, ShrinkToFit, MacCompress, DiskDoubler and AutoDoubler”
pod Linuksem, można użyć programu MacUtils.
Przed chwilą ktoś z niemieckiej grupy dyskusyjnej kupił font Zapfino One, który był przygotowany na Maca i nie mógł ich otworzyć na Linuksie, bo to były pliki typu .bin.
O 7:25 wyruszliśmy z Jonathanem Kew'em pociągiem do Berlina. Gdy przyszedł do nas konduktor, okazało się, że bilet, który zakupiła dla mnie moja praca, jest wystawiony na 2.05, a nie na 3.05, więc musiałam wyskoczyć z kasy i kupić nowy. Mam nadzieję, że mi to zwrócą. :)
Ale to w sumie nie takie ważne. Miałam porządnie (przezornie) naładowaną baterię w moim Power Booku, wystarczyło na 4 godziny pracy! Postanowiłam skorzystać z faktu, że miałam spędzić 6 następnych godzin z twórcą XeTeX-a. Jonathan przekopiował źródła XeTeX-a ze swojego Power Booka (15") na mojego i mi go zainstalował. Było trochę problemów, bo XeTeX domyślnie instaluje się w dystrybucji teTeX-owej, którą też miałam. Dopiero jak zmieniłam nazwę katalogu to się udało zainstalować w dystrybucji TeX Live. Jednakże instalator stworzył niekompatybilną z najnowszą strukturę katalogów i XeTeX nie chciał zadziałać. Jonathan jest jednak niezłym hackerem, siedział nad tym, biedził się, czytał różne logi i udało mu się! Powiedział, że XeTeX będzie prawdopodobnie instalowany domyślnie już w następnej dystrybucji TeX Live. Potem bawiłam się trochę możliwościami pakietu fontspec. XeTeX daje fantastycznie możliwości. Mimo tego, że nie jest jeszcze w wersji pierwszej, już teraz może bardzo wiele. Z tego, co mówił Jonathan, trzeba jeszcze potestować i poprawić różne rzeczy, ale nie mam wątpliwości, że stworzył on coś naprawdę mądrego i równocześnie narzędzie z przyszłością.
Do obiadu były dziś poruszane wyłącznie tematy fontowe, głównie od strony technicznej, która mnie nie interesuje, więc postanowiłam z nich zrezygnować. Skupiłam się na psychicznym przygotowaniu do mojej prezentacji, która miała się odbyć po południu. Poza tym pomagałam poprawić referat Rysiowi Kubiakowi, który puszczał swoje folie z mojego komputera. Jego referat był dzisiaj jedynym, który obejrzałam. Nie to, że inne nie były ciekawe – były! Ale po prostu dziś się nie udało obejrzeć nic więcej.
Byłam też dziś aktywną lekarką naszej Bachotkowej Kliniki. Czasem wystarczyło jedno zdanie, żeby pomóc. Raz spędziłam ok. pół godziny, żeby omówić szablon do prac magisterskich z wspomnianym w poprzednim wpisie Michałem Wronką.
Im bliżej było mojej prezentacji, tym bardziej się denerwowałam. Ale, mimo dobrego przygotowania, po prostu tak jest. A widownia jest bardzo wymagająca.
Mój referat pod tytułem Typografia dla początkujących zaczął się o 17:15. Sala była pełna. Tak pełna, że ludzie musieli wnosić dodatkowe krzesła, żeby gdzieś usiąść. Dla porównania następny po moim referat odbył się w obecności chyba 5–10 osób.
Jestem bardzo zadowolona z tego, jak wypadłam. Było sporo komentarzy i pytań w trakcie. Głównie od „starszych” TeX-owców, tych najbardziej wymagających. Ogólnie było dużo śmiechu. Podeszłam do tego bardzo na luzie i cieszę się, że udało mi się zachować poczucie humoru. Cały wykład został nagrany na kamerę video i chyba będzie go można skądś potem dostać (dvd?). Nie obyło się bez błędów typograficznych w mojej prezentacji, miałam jedną tzw. „wiszącą literę”, co spowodowało lawinę dyskusji, aczkolwiek z powodu tego, czy wypada, żeby tata, człowiek 20 lat bardziej doświadczony niż ja w tej dziedzinie, zwracał mi uwagę na to w trakcie referatu. O ile mnie ta jego uwaga szczerze ubawiła, bo ten błąd pokazał, że też jestem człowiekiem, a nie robotem, o tyle innym to jakoś przeszkadzało. Dziwne to było.
Ogólnie referat uważam za wielki sukces. Wiele osób mi gratulowało dobrej roboty i że potrafiłam się obronić przed „starszą bracią”.
Potem odbyliśmy jeszcze bardzo ciekawą dyskusję na temat przyszłości Kliniki TeX-owej, która już teraz okazała się być strzałem w dziesiątkę. Jest kilka pomysłów na jej dalszy rozwój i na pewno będzie kontynuacja, być może w kilku formach.
Między dyskusją o Klinice a kolacją i w jej trakcie robiłam małą prezentację Maka dla wąskiego, ale bardzi zainteresowanego grona. Zadawali różne pytania, które naprowadziły mnie na jakiś trop – o czym by warto w kontekście przesiadki na Apple napisać. Ponieważ dostałam już niejedną prośbę o opisanie moich wrażeń, postaram się to zrobić w pierwszej (haha!) wolnej chwili.
Aha, odbyłam też bardzo owocną dla mnie rozmowę jako pacjent Kliniki, z Jackiem Kmiecikiem, któremu jeszcze raz bardzo dziękuję za rozjaśnienie mi dużo w głowie w temacie konwersji LaTeX->XML.
Jutro o 11, po pierwszej kawie, mam drugi mój referat na temat minimalnego przykładu. Szczegóły pewnie jutro wieczorem. Opowiem.
Dodam jeszcze, że folie z moich prezentacji w wersji źródłowej i w pdfie oraz jako artykuł, który został właśnie opublikowany w Biuletynie GUST-u, mam zamiar, jeśli KomProg się zgodzi, umieścić na stronie BachoTeX-a, więc będzie je można ściągnąć, obejrzeć, kompilować itd.
Dzisiaj już mniej zajmowałam się moimi prezentacjami. Zaczęła się oficjalnie konferencja i było kilka ciekawych wykładów. Dzisiejsze perełki:
Tutaj muszę powiedzieć, że Michał przedstawił bardzo ciekawy temat. Coś, co chodziło za mną od dawna i coś, co od dawna zaczyna się robić dla mnie konieczne. Pokazał Subversion, która – jak powiedział – jest następcą CVS-u. Nie znałam do tej pory ani jednego, ani drugiego.W tej chwili siedzę na Walnym Zebraniu Członków Polskiej Grupy Użytkowników Systemu TeX. Polega to na tym, że co jakiś czas trzeba oderwać rękę od klawiatury i podnieść do góry. :) Ale jestem członkiem i czuję się w obowiązku na te zebrania raz do roku się wybrać. Na razie uchwaliliśmy dwie ustawy, czyli zatwierdzenie budżetu.
Pogoda się nie zmieniła. Ciągle leje. Z wieczornego ogniska nici. :(
Jutro już moja prezentacja o typografii. Ale się cieszę!
Aha, Klinika okazała się, moim zdaniem, być strzałem w dziesiątkę. Poza osobami, które zapisały się przed konferencją, zgłosiły się dziś do mnie spontanicznie dwie osoby i były zadowolone z moich wskazówek.
Zadanie do rozwiązania do niedzieli: jak zmusić Mac OS X-a, a może Acrobata, żeby wyświetlał PDF-y w Full Screenie w rozciągniętym na dwa wyświetlacze obrazie, a nie tylko na jednym z monitorów. Gdyby się udało to ustawić to mogłabym mieć notatki na jednym monitorze a prezentację na beamerze. Ale na razie nie wiem, jak to zrobić.
Edit: Sprawdziłam wszelkie możliwe ustawienia podłączając zewnętrzny monitor. Wtedy – owszem – pojawiły się w Acrobacie dodatkowe opcje wyświetlania w full skrinie, ale zawsze tylko na pojedynczym monitorze – do wyboru jest za to najszerszy, najwyższy, największa powierzchnia, ten z największą ilością kolorów itd. Ale nie ma opcji wyświetlenia prezentacji rozciągniętej na dwa wyświetlacze. Nie znalazłam też takiej opcji w ustawieniach Mac OS X-a. Fantastyczne opcje prezentacyjne na dwóch monitorach oferuje Keynote z pakietu iWork. Można wyświetlać na jednym monitorze prezentację, a na drugiej poprzedni/następny slajd, aktualną godzinę, notatki itd. Niestety nie ma żadnej sensownej opcji importu, np. pdfa. No trudno.
Notatki zrobię ręcznie na papierze, chyba, że ktoś ma lepszy pomysł.
Tak to jest, jak się ma w systemie ustawione trzy języki.

www.flickr.com
|