I już po wszystkim

3 komentarze

Mama pyta jak poszło.

Mówić mogłam, ale śpiewać dzisiaj jeszcze po tym wszystkim przez 2,5 h na próbie już się nie dało. Dałam radę z gardłem, choć nie było lekko. Udało nam się zorganizować mikrofon bezprzewodowy i głośniki, więc na szczęście mogłam mówić cicho i byłam dobrze słyszana w całym pomieszczeniu, mimo głośnej klimy.

Ogólnie wszyscy uczestnicy warsztatu byli bardzo zadowoleni (co wiem, bo prosiliśmy o wypełnienie anonimowe ankiet w Internecie), jeden napisał nawet specjalnie maila, żeby podziękować. Negatywnych głosów praktycznie nie usłyszeliśmy! Myślę, że to dzięki temu, że po ostatnich warsztatach w październiku też zrobiliśmy ankietę i wzięliśmy sobie różne uwagi do serca.

Czułam się spełniona bardzo po tych dwóch intensywnych dniach i czuję, że zrobiłam coś dobrego. Ok. 18–19 osób dzięki nam zaczęło swoją przygodę z LaTeX-em! I w dodatku dotarło do nich, jak to działa. A my mieliśmy dla nich dużo czasu i bardzo często podchodziliśmy do nich i na każde pytanie odpowiadaliśmy indywidualnie. W sumie warsztaty trwały, odejmując przerwy, 10 godzin!

Jestem też troszkę dumna z siebie, bo – jakby na to nie patrzeć – warsztaty prowadziłam po niemiecku! Herman, mój kolega, z którym te warsztaty robiłam, też nie jest Niemcem, lecz Rosjaninem. I oboje daliśmy radę. Podobno praktycznie bez błędów językowych, co mi bardzo schlebia. Na foliach tym razem nie było absolutnie żadnych błędów właśnie językowych, bo się postaraliśmy o porządną korektę. Kolega sprawdzał ok. 160 folii przez prawie dwie godziny, ale było warto. Prezentacja oczywiście zrobiona w LaTeX-u, w klasie beamer

Cieszę się, bo jeszcze udało nam się czterem osobom zainstalować TeX-a w trakcie warsztatów, tak, że wszystko działało, łącznie z edytorem. Na dwóch pc (Win) i na dwóch maczkach. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, czy się nie przeprosić z TeX Shopem, którego odrzuciłam tak dawno temu.

Głośnie

2 komentarze

No dobra, wygląda na to, że mówię, więc za pół godziny zaczynam warsztat. Ratowałam się jakimś homeopatycznym lekiem i z dnia na dzień pomogło. Tylko katar męczy, ale dam radę.

Koncerty — wrażenia

2 komentarze

I już po wszystkim. Za mną dwa piękne, wspaniałe koncerty, dużo emocji. Mam wrażenie, że każdy z koncertów był inny. Najpierw był Lindenkirche (czyli w kościele), w raczej — w porównaniu do dnia następnego — kameralnej atmosferze, choć widzów nie brakowało (hmm, myślę, że tak 300–400 osób). Tego dnia moje gardło było niestety w średniej formie i dosyć się męczyłam, szczególnie w pierwszej części utworu, która trwa — bagatela — ok. półtorej godziny. Większość tego czasu musieliśmy stać. Pomogła Tadasana, stojąca pozycja jogi, nazywana też górą.

W niedzielę przed południem spotkaliśmy się w filharmonii na ostatniej próbie generalnej. Pierwszy raz weszłam tam „od kuchni”. Nie spodziewałam się, że filharmonia jest taka wielka za kulisami. Próba wypadła nieźle. Poszłam tam trochę nie w humorze, czułam, że mam po sobotnim koncercie zmęczone gardło, ale jak tylko zaśpiewaliśmy pierwsze nuty w filharmonii, dobry humor wrócił! Pomogła też herbatka lipowo-tymiankowa.

Publiczność dopisała. Było prawdopodobnie prawie 1000 widzów. Gardło dało radę. Raz czy dwa zdarzyło mi się nawet wydrzeć jakoś bez kontroli :) (bo byłam taka doenergetyzowana i w dobrym humorze i chciałam dobrze). Koncert minął mi bardzo szybko. Potem pojechaliśmy jeszcze do „Zielonego Salonu”, gdzie chór, z którym śpiewaliśmy organizował imprezę z okazji ich dziesiątego jubileuszu powstania. Przy okazji — występowało nas 105 osób + orkiestra, soliści no i dyrygent.

Nasz dyrygent, który ostatni tydzień spędził w szpitalu, przyszedł do filharmonii na koncert. Wszyscy bardzo się tym ekscytowali, jakby ducha zobaczyli (i tak niemal było bo schudł ok. 6 kg przez tą chorobę). Frank obejrzał koncert i był zachwycony. Na koniec dostał też kwiaty.

Mi jakoś trudno uwierzyć, że to już po wszystkim. Zawsze tak jest. Pracuje się nad utworem wiele miesięcy, wiele dni i godzin. A potem 2,5 godziny koncertu i można nuty odstawić na półkę i nigdy więcej się do nich nie wraca. Szkoda. Bo dopiero wtedy tak naprawdę zaczyna się czuć i pojmować ten utwór. Zauważać „smaczki”. Uczyć się, jak śpiewać go naprawdę dobrze. I tak naprawdę dopiero po takim koncercie, gdzie dajesz z siebie wszystko i masz 200% koncentracji, dochodzi się do punktu, kiedy możnaby zacząć porządnie pracować nad tym utworem i zgłębić każdą jego nutę. Chciałabym kiedyś tak — żeby utwór przestał mieć dla mnie tajemnice. W tej chwili dopiero zaczynam doceniać jego piękno. Wcześniej mogłam tylko skupiać się na uczeniu się na pamięć każdej kolejnej nuty i sylaby.

Jest kilka zdjęć i filmów z próby generalnej (mojego autorstwa) i z koncertu (mojego Ukochanego).

Jadę na koncert

3 komentarze

No to jadę. Jest nieźle. Lekki katar i odrobinę zmieniony głos, ale chyba dam radę. Zrobiłam, co mogłam, żeby oczyścić górne drogi oddechowe i żeby wydobrzały. Warunki pogodowe są, jakie są i niestety dotyka to wielu z nas — w chórze, ale nic się na to nie poradzi.

Humor mi dopisuje, fryzura nowa, ciuchy częściowo też, a to umacnia poczucie własnej wartości, tak ważne do głośnego śpiewania. Znajomi z Polski dotarli w ⅔ (reszta utknęła z dwiema przedziurawionymi oponami pod Opolem), więc i widownia będzie (+ część berlińska, m.in. sąsiadka i koledzy z pracy).

Myślę, że będzie świetny koncert!

Koncert wyprzedany!

2 komentarze

Tego się nie spodziewałam. Bilety na nasz koncert w filharmonii dzisiaj się skończyły!

A w ogóle to byłam na próbie, śpiewałam prawie wszystko i mam świetny nastrój.

Gorączki nie ma. Gardło nie boli. (HURRA!) Trochę jeszcze zawalone, ale daje radę. Lekki katar, ale trudno. Mam dużo energii i już się cieszę!

Nasz dyrygent niestety — to wiadomo już na pewno — nie będzie dyrygował podczas koncertu, co najwyżej posiedzi na widowni.


www.flickr.com
typoagrafka's photos More of typoagrafka's photos